Lekturokalipsa, czyli jak krzywdzimy młodych ludzi dla ich dobra.





Od kilku tygodni coraz częściej natrafiam w internecie na tak zwany „shitstorm” (pozwolę sobie nie tłumaczyć zagadnienia na język polski ze względów estetycznych) dotyczący listy lektur dla podstawówki i liceum. Ponieważ sama nie jestem jeszcze rodzicem i już uczniem, myślę, że jestem w stanie spojrzeć na sytuację dość obiektywnie i „trzeźwo” (słowo klucz).


Podstawowe pytania, które pewnie chodzą wam teraz po głowie brzmią zapewne: O co ci kobieto chodzi? O listę? O politykę? Ty z tych lewicowych co to chcą Harrego Pottera i 50 twarzy Greya do kanonu wprowadzić, czy z tych co to są „zabetonowani” literacko i te nudne Antygony i inne Lalki każą biednym dzieciom czytać?

Spieszę z odpowiedzią: z żadnego z powyższych.


„Po czyjej więc stronie stoisz? Przecież zawsze musi być strona!”


Ano jest.


Otóż piszę ten tekst z myślą o młodych ludziach, którzy są w tych internetowych bitwach (bynajmniej nie na śnieżki) najbardziej poszkodowani.

Kiedy minął mi pierwszy szok po przeczytaniu kilku dyskusji internetowych zaczęłam analizować sobie argumenty każdej ze stron. Jedni twierdzą, że lektur jest zbyt wiele, inni – zbyt mało. Jedni twierdzą, że są przestarzałe, inni – w sam raz. Problem z tego rodzajem dyskusją jest taki, że jak powiedział Marszałek „Racja jest jak dupa – każdy ma swoją”.

Jeśli chodzi o wyselekcjonowane lektury to owszem, nie do każdego trafi Antygona, nie każdy zachwyci się Nad Niemnem, ale są tacy do których te pozycje trafią i zostaną w ich sercu na długie lata rozbudzając w nich miłość do czytania. Dla mnie taką lekturą–zapalnikiem dzięki któremu wróciłam do czytania po dłuższej przerwie była Dżuma Alberta Camusa.

Tym na co należy zwrócić uwagę jest też fakt, że lektury to nie tylko książki mające zmusić młodych ludzi do praktykowania czytelnictwa, ale także do refleksji. Szkoła ma edukować, a więc książki, które proponuje muszą nieść ze sobą widoczny, jasny przekaz ukazujący konkretne problemy natury moralnej/etycznej/życiowej dzięki którym nauczyciel będzie mógł objaśnić uczniom specyfikę gatunku, toposy, zastosowane zabiegi literackie, etc., ale też przedstawić za pomocą dzieła pewną wartość moralną. Z tego też względu osobiście uważam, że zaproponowanie 50-ciu twarzy Greya czy innego przypadkowego tytułu tylko ze względu na jego poczytność zupełnie mija się z celem. Owszem, dobrze, żeby dzieci czytały to co same chcą, ale zadaniem szkoły jest edukacja, a lektury to tylko środek pośredniczący - służący za przykład w przekazywaniu konkretnej wiedzy.

Osobiście uważam, że wybrane lektury nie są złe, sama część z nich czytałam (nie będę udawać, że znam wszystkie bo idealną uczennicą nigdy nie byłam) i wiem, że mogą okazać się dla młodego człowieka nudne. Powodem najczęściej jest to, że pisano je z myślą o ludziach dorosłych więc trudno by cała młodzież się nimi zachwycała nie będąc targetem docelowym. Zrozumieją pewnie niektórzy, co doroślejsi. Niektórzy nie zrozumieją – i to też jest okej bo refleksja przychodzi też później. Przyznaję bez bicia - Przedwiośnie nie dotarło do mnie kiedy byłam w liceum. Jednak teraz, po tych kilku latach, jestem zachwycona kiedy myślę o tych szklanych domach, o zamyśle autora i sposobie przekazu. Historię i jej interpretację poznałam z przymusu, męczyłam się niemiłosiernie siedząc na lekcjach, ale z perspektywy czasu doceniam tę pozycję i traktuję jako perełkę naszej rodzimej literatury. Teraz wiem, że było warto.



"Liczba lektur jest przytłaczająca. Wychodzi na to, że w każdym roku licealista będzie miał do przeczytania sześć-siedem książek, a do tego dużo poezji i fragmentów obszernych tekstów"
-prof. Krzysztof Biedrzycki dla GW z dnia 16 maja 2017






Co do zarzutu, że lektur jest zbyt dużo (6-7 książek obowiązkowych + fragmenty obszernych tekstów i wiersze) to osobiście się z nim nie zgadzam. Owe "fragmenty obszernych tekstów" to zwykle nie więcej niż 2-3 strony A4… tak było kiedy ja chodziłam do szkoły, a lista nie uległa większej modyfikacji, więc tutaj jak zakładam – bez zmian. Używanie takich sformułowań jak „obszerne” to zabieg moim zdaniem specjalny. Uwagę przykuwa często samo pojedyncze słowo, a należy zauważyć, że "obszerny fragment tekstu" to nie to samo co "fragment obszernego tekstu"- to właśnie ten drobiazg powoduje często najwięcej zamieszania.


Wróćmy więc do ilości. Oczywiście jedna książka jest obszerna, druga krótka, a trzecia – coś pomiędzy. Czas na czytanie jest więc różny w przypadku każdej z nich. Kusi by znów porównać „za moich czasów...”. Właściwie to czemu nie? Za moich czasów musieliśmy czytać 8 lektur podstawowych (plus kilka dodatkowych bo język polski miałam na rozszerzeniu). I ta magiczna ósemka była „do zrobienia” zarówno u nas jak i u innych klas. Czasem ktoś ponarzekał, że niektórym rzeczom należałoby przyjrzeć się dokładniej, ale brakuje czasu – zwykle nauczyciel. My jednak spokojnie dawaliśmy radę. Faktem jest, że ilość godzin lekcyjnych przeznaczonych na dany przedmiot też ma ulec zmianie przez co rzeczywiście 6-7 książek może być lepszym wyborem. Wiersze i fragmenty są czymś co można przeczytać w kilka minut, a na analizę poświęca się czas lekcyjny, a nie ten prywatny. Należy więc przyjąć, że jest to zdecydowanie optymalna ilość pełnych dzieł jaką młodzi ludzie są w stanie na zajęciach „przerobić”.






Podsumujmy sobie to co właśnie naskrobałam (jest w tym trochę mojej opinii, ale starałam się zachować taką dawkę obiektywizmu na jaką tylko mnie w tym temacie stać).





1. Lektury muszą mieć większą wartość merytoryczną, nieść konkretne przesłanie, reprezentować konkretny topos, zabiegi literackie, etc.



2. Nie da się dogodzić wszystkim, ale wybór lektur jest w miarę różnorodny – dla każdego coś dobrego. Tak było kilka lat temu, kilkanaście lat temu i jakoś wszyscy żyjemy – co więcej wybrane utwory są najczęściej ponadczasowe.

3. Liczba książek jest zmniejszona tak samo jak liczba godzin.


Fascynuje mnie więc fakt, że każda – najdrobniejsza nawet – zmiana w spisie lektur powoduje wszczęcie tego typu poruszenia społecznego. Gdyby rzeczywiście ktoś chciał coś zrobić bo problem jest realny i tak poważny jak niektórzy sugerują to myślę, że bardzo szybko powstałby jakikolwiek ruch społeczny, ktoś zacząłby cokolwiek w tym kierunku robić. Dlaczego nie robi? Dlaczego temat cichnie za każdym razem i wszyscy stwierdzają „no dobra, niech im będzie”? Widocznie nie jest to aż tak nagląca dla społeczeństwa sprawa, ale przecież ponarzekać sobie można, a nawet trzeba.


Tylko czy aby na pewno trzeba? Szczególnie jeżeli nie mamy większych chęci podążyć za swoimi przekonaniami, a jedynie skrytykować zdanie innych?


Gdzie narzekamy najczęściej?


W mediach społecznościowych.


Kto jest w nich najbardziej biegły i spędza tam najwięcej czasu?


Młodzież.


Jaki przekaz im dajemy?





W tym cała rzecz. Jeśli my, dorośli, którzy mamy dla młodzieży być przykładem wysyłamy publicznie w świat tak mocny przekaz jak „jeśli mają czytać takie lektury, niech nie czytają wcale”, „tego jest za dużo” albo „tego nie da się czytać!” to sprawiamy, że młodzi ludzie nawet na książkę nie spojrzą, nie spróbują dotknąć o czytaniu już nie wspominając. Za każdym razem gdy usłyszą słowo „lektura” zapali im się czerwona lampka alarmująca, że: to jest passe, tego nie powinno się czytać, to strata czasu.



To co jest stratą czasu dla Ciebie, może być wspaniałą przygodą dla kogoś innego. Książka przez którą nie byłeś w stanie przebrnąć może stać się ukochaną przyjaciółką Twojego dziecka. Dajmy młodym ludziom odkrywać to co nam było dane odkryć. Przecież nikt nie zmusi ich do czytania lektur, nikt nie przykuje do kaloryfera z książką na kolanach. Jeśli coś ich zaciekawi to sięgną po resztę. Jeśli nie – trudno, znajdą w końcu inną książkę, ale to czego miała ich nauczyć ta – zostanie im przekazane i to na przykładzie.

Nadużywanie i podkreślanie słów takich jak „obszerne”, „nudne”, „przestarzałe” demonizuje lektury w oczach młodego człowieka, który świat przyjmuje dużo bardziej emocjonalnie niż człowiek dorosły.

Często przypominam sobie zdanie: „nie ważne co czytasz – ważne, ŻE czytasz”. Jeśli chodzi o książki czytane dla przyjemności – czemu nie. Jednak lektury to część programu edukacji. Przecież dzieci nie wybierają sobie same działów matematyki których chcą się nauczyć. Muszą otrzymać konkretną wiedzę i dostają takie zadania i wzory by zrozumieć konkretne zagadnienia. Taką samą rolę pełnią lektury.

Dlatego też proszę, zanim zawyrokujecie i nie przebierając w słowach publicznie opiszecie swoje zdanie – zastanówcie się nad tym do kogo ono trafi i jaki może mieć wpływ na kształtowanie opinii młodego człowieka. Piszecie to w dobrej wierze bo zależy Wam by dzieciaki czytały ciekawe książki? Świetnie! Zachęcajcie je! Czytajcie z nimi! Kupujcie im książki w prezencie, zgodne z ich zainteresowaniami, odpowiednie dla ich wieku… ale nie mówcie im, że lepiej nie czytać wcale!

26 komentarzy:

  1. Zawsze traktowałam lektury jako podstawę ogólnego wykształcenia, spojrzenia na przeszłość literatury, jej różnorodne style, sposoby poruszania wybranych tematów, to samo powtarzam swoim dzieciom. Nie wszystkie lektury trzeba lubić, nie wszystkie są wciągające, zwłaszcza w kontraście do pospiesznego rytmu komunikacji dzisiejszych czasów, ale warte są naszej uwagi, tworzą bazę dla przyszłych doświadczeń czytelniczych. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyznaję, nie przeczytałam większości lektur w liceum, a z tego, co kojarzę było ich zdecydowanie więcej niż 6-7 na rok. W ciągu trzech tygodni potrafiliśmy przerabiać Potop, Lalkę, Zbrodnię i karę i jeszcze jakąś inną powieść pozytywistyczną (lata temu wyleciało mi z głowy, co to było). Wszystkie trzy chciałam przeczytać, ale przykro mi, przy nawale innych obowiązków, nie byłam w stanie dokończyć Lalki, bo musiałam zabrać się za Potop, który koniecznie chciałam przeczytać, a po Zbrodnię i karę sięgnęłam dopiero na czwartym roku studiów. Na rozszerzeniu była porównywalna liczba "cegiełek", więc może to kwestia tego, że moja polonistka uznała, że mamy znać całe powieści, a nie ich fragmenty? Nie mam pojęcia.

    Fakt faktem uważam, że najlepszym rozwiązaniem byłoby omawianie fragmentów większości książek. Ci, którzy z czasem docenią daną powieść (tak jak Ty Przedwiośnie), po latach może zechcą przeczytać całość. Reszty i tak się do tego nie zmusi.

    Myślę, że dobrym pomysłem byłoby też wybieranie kilku osób, które miałyby przeczytać całą powieść i służyć klasie poszerzonym zakresem wiedzy o konkretnej książce. W ten sposób uczyłoby się też młodzież dyskutowania, wyciągania wniosków i np. publicznych wystąpień, co jest bardzo mocno zaniedbywane i wychodzi na studiach, gdy prowadzący próbuje prowadzić ze studentami rozmowę, a większość chowa się pod ławki lub gapi tępo w komórkę.

    Oczywiście dostrzegam wiele trudności tego pomysłu, ale uważam, że po solidnej burzy mózgów (np. w kwestii wybierania lektur) dałoby się go sensownie wprowadzić i wykorzystać jako potencjał do wprowadzenia nowego typu lekcji.

    I uważam, że część książek jest absolutną porażką, podobnie jak część obecnych zmian. Poza tym stwierdzenie, że będzie 6-7 lektur ogranicza się do powieści i to tylko z podstawowej, obowiązkowej listy. Są jeszcze listy uzupełniające plus listy na rozszerzeniu. I nagle okazuje się, że wychodzi 10-12 książek lekką ręką. To wciąż jest do "ogarnięcia", tylko pytanie, czy jest sens.

    I po co np. zmieniać Jądro ciemności na Lorda Jima? Alegoryczność Jądra ciemności jest dużo ciekawsza z punktu widzenia rozwoju wrażliwości młodego człowieka.

    I żeby wszystko było jasne: nie jestem przeciwniczką lektur i uważam, że czas na zachęcenie do czytania powinien nastąpić w podstawówce (i tam widziałabym dużo większe zmiany, ale chwała niech będzie za Kosika), a liceum to okres rozwijania swojej wiedzy i kształtowania tożsamości narodowej, w czym lektury mają pomóc. Ale wiem też, że większości lektur młodzi ludzie i tak nie czytają, bo to nie jest ich bajka. Nawet jeśli bardzo dużo czytają dla przyjemności.

    A Grey jako lektura to jakaś porażka. Ktoś naprawdę proponował coś takiego? Jestem w szoku, a nawet lekko zniesmaczona.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo podoba mi się Twój pomysł dotyczący przydzielania dzieciakom lektury i skłaniania do dyskusji! Na studiach faktycznie problem jest ogromny, a próba rozpoczęcia dyskusji na pierwszym roku graniczy z cudem... ćwiczenia nie wiele różnią się wtedy od wykładu (przynajmniej u mnie tak to wyglądało).

      Bardzo wiele zależy też od samego nauczyciela. Teoretycznie jest ta podstawa 6-7 lektur, ale od prowadzącego zajęcia zależy to czy będzie wymagał tylko znajomości zagadnień i zarysu fabuły, czy (jak moja polonistka zakochana w Lalce) koloru kraty na spodniach Rzeckiego :P
      Pamiętam, że zdarzyło się raz tak, że nie mieliśmy czasu bo wypadło nam kilka lekcji to bez problemu dostaliśmy tylko fragmenty Quo Vadis, które były kluczowe. Nikt nie robił z tego powodu problemów, a i my byliśmy zadowoleni.
      Co do Jądra Ciemności to w 100% się z Tobą zgadzam, bo rzeczywiście ten utwór jest wyjątkowy i nie widzę powodu żeby go zmieniać :<

      Jeżeli o Greya chodzi to niestety - są też tacy, którzy uważają, że lepiej byłoby żeby dzieciaki czytały 50 twarzy... niż np. Lalkę bo "przynajmniej przeczytają". Przerażające, ale prawdziwe. :/



      Pozdrawiam serdecznie! :)

      Usuń
    2. Na pierwszych studiach miałam bardzo wygadaną grupę, więc nie było tego problemu, ale na kolejnych (gdzie byłam około pięć lat starsza od znajomych z roku) to już była porażka. Bardzo często okazywało się, że jeśli ja się nie wypowiem, to będzie cisza. I to nie dlatego, że nikt nie znał odpowiedzi. To wyglądało tak, jakby nie byli pewni swoich umiejętności oratorskich i nie wiedzieli, jak zacząć rozmowę. Ale czemu się dziwić, skoro język polski uczy pisania wypracowań pod klucz... :/

      Pamiętam pytanie o to, co było namalowane na zastawie ślubnej Tadeusza i Zosi :D I mimo że obecnie wspominam to z szerokim uśmiechem na twarzy, to uważam, że jest to równie absurdalne jak pytane o kolor kraty na spodniach Rzeckiego czy dopytywanie o inne szczególiki. To jeden z powodów, dla których nie da się przeczytać lektury szkolnej w innym czasie niż tuż przed przerabianiem. Bo kto będzie pamiętał takie pierdoły, gdy przeczyta książkę na początku wakacji, a lekturę będzie przerabiał w styczniu?

      Pytania o detale sprawdzają pamięć, a nie wiedzę. Mimo to wydaje mi się, że poloniści usilnie próbują zweryfikować w ten sposób, kto przeczytał lekturę, a kto sobie odpuścił. Dużo lepiej by było, gdyby sprawdzali zrozumienie i ogólny sens książki. Ktoś przeczytał streszczenie? Trudno. Niewykluczone, że wyciągnął z niego więcej niż ktoś inny z niemrawo przewertowanej lektury i ja bym to mimo wszystko nazwała zaradnością, a nie oszustwem. Zwłaszcza jeśli w konsekwencji doprowadzi do tego, że za kilka lat ten ktoś przeczyta całą książkę, zaintrygowany tym, czego dowiedział się ze streszczenia i lekcji.

      Usuń
  3. Zgadzam się, że lektury to przede wszystkim edukacja. Jest to też konieczny środek do zrozumienia poszczególnych epok. Nie ma innej drogi jak czytanie. Nie ma innego sposobu by poznać klimat, otoczenie, środowisko, okoliczności poszczególnych okresów istnienia ludzi. Literatura, sztuka, historia, filozofia - one wszystkie nierozerwalnie łączą się w dziejach człowieka. Nie ma innej drogi ucznia do pogłębionej refleksji. Myślę, że nie powinno być ustępstw w tej sprawie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wydaje mi się że bez względu na to ile tych lektur będzie- i tak osoby które czytać nie chcą to nie beda. Są ludzie którym to wcale nie potrzebne do szczęścia. Ja miałam w liceum bardzo dużo lektur i czytałam z reguły tylko te, które mi pasowały- resztę poznawalam po streszczeniach. Dzięki temu miałam frajdę z niektórych książek (bo nie wszystkie lektury to dziadostwo), nie narzekalam. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. 6-7 książek to dużo dla człowieka, który ubiega się o średnie wykształcenie?! Toż to zaledwie 1 książka na 2 miesiące! #olaboga!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety. Mam wrażenie, że w tych czasach uczniowie mają więcej przywilejów niż obowiązków. :|

      Usuń
  6. nigdy nie czytałem lektur, wolałem książki. przymus w szkole i na studiach (filologia) rodził we mnie bunt i zawsze szukałem poza kanonem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam dokładnie tak samo. ;] Zawsze przeczytam własnoręcznie wybraną pozycję ponad narzuconą.

      Usuń
  7. Prawda, że z tym całym "osiem lektur to za dużo" to trochę przesadzili. Prawda jest też taka, że nie da się usatysfakcjonować wszystkich i dzieciaki nie będą chciały czytać książek niezależnie od kanonu jaki będzie akurat politycznie poprawny i odwrotnie. Zresztą, co za różnica, kto teraz potrzebuje czytać książki? Można przecież kupić elektroniczną niańkę 24/7 z absurdalnym zasięgiem rozrywkowym i pornograficznym, po co komu jakieś bzdury o imperatywach kategorycznych i jakieś bzdury o magdalenkach i herbacie. Jak to może konkurować w ogóle ze świecącymi się obrazkami, dajmy spokój.

    Kuba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smutna prawda o XXI wieku. Niestety... :(

      Usuń
  8. Ogromnie dziękuję Ci za te mądre słowa!

    http://przystanek-klodzko.pl/

    OdpowiedzUsuń
  9. 7-8 lektur na rok to dużo? nie sądzę, nie pamiętam ile było kiedy chodziłam do szkoły, ale jakoś nie pamiętam żeby czytając lektury, ucząc się na inne przedmioty brakowało mi jeszcze czasu na własne przyjemności. Jasne czasem czytałam streszczenia ale głównie wynikało to z tego, że jakąś książka do mnie po prostu nie przemówiła :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Cholera jasna, fenomenalny tekst! Nareszcie ktoś powiedział jasno i wyraźnie to, co właściwie sama myślę, chociaż ja jestem jeszcze uczennicą (3 technikum nawiasem mówiąc). Jeśli z góry założymy, że czegoś się nie da, albo że jest jakieś (np. Nudne) to nic dziwnego, że będziemy na dzień dobry zrażeni. Ja nigdy nie miałam takiego podejścia i tym sposobem poznałam Krzyżaków, ktorzy o dziwo mi się spodobali, Quo vadis, które mnie rozwaliło, a nawet te ultra dziwne Dziady, które co prawda wydają mi się tworem napisanym pod wpływem, ale mimo wszystko coś w nich było. Teraz przerabiamy literaturę z okresu ii wojny światowej i hej, to jesy piekieciekawe! Mam świadomość, że nie dla każdego, ale nie generalizujmy. A swoją drogą nie wiem czemu w tych wszystkich wojnach w sieci biorą udział dorośli, których temat zupełnie nie dotyka? Przecież onu mają to już za sobą, więc o co tyle oburzenia? Oni przeżyli, to i my damy radę ;)
    Pozdrawiam ciepło!
    Q.


    Otwórz Drzwi do Innego Wymiaru :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nasza polonistka w liceum do listy lektur obowiązkowych dokładała jedną lub dwie książki, które wybieraliśmy wspólnie po klasowej dyskusji. To było bardzo interesujące. I nigdy nie zapomnę jak nas poprawiała, gdy pytaliśmy 'a kiedy będziemy przerabiać...' zawsze wtedy ucinała i mówiła 'lektury się omawia, dzieł napisanych się nie przerabia' :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. Piękny blog <3 Zostaje tu :D
    http://miedzykropkami.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja uwielbiam czytać. Mam w domu specjalną półkę kupioną tylko dla książek. Kupuję, czytam i oddaje do wiejskiej biblioteki, gdzie jest mało książek, więc się przydadzą. Ale nie zmienię zdania co do jednego. Nigdy przy książkach nie wynudziłam się tak jak przy czytaniu lektur szkolnych. Ja wiem, jednym mogą się podobać. Niektórzy uczniowie może i czytają z ciekawością i zapałem, ale dla mnie to była tragedia. Tak jak teraz nie mogę obojętnie przejść obok księgarni, bo mnie korci, aby zobaczyć co ciekawego mają i jaką historię mogę znów pochłonąć, tak wtedy w szkole jak miałam czytać, to już mnie bolała głowa. Nudne w mojej opinii "Dziany", "Wesele" i inne... nie dość, że się nudziłam, po przeczytaniu kilku stron, to historie nie wciągnęły mnie nawet na moment. Chyba z żadną nie dobrnęłam do końca. To jest tylko moje zdanie i innym pewnie się podobały i uważają je za świetne dzieła. Dla mnie to była strata czasu. I tak kończyło się na tym, że czytałam streszczenia, żeby mieć jakiekolwiek pojęcie, gdy w klasie Pani o coś spyta. Wolałabym dodatkowe godziny matematyki, niemieckiego czy historii niż te nudne zajęcia. Jedyne co było fajne to mitologie. Krótkie, ciekawe. Zmuszanie młodzieży do czytania nie ma sensu, bo i tak jak nie będą chcieli to tego nie zrobią. Zaliczą streszczenia i tyle, a mogą zrazić się do czytania i nie ruszać innych książek... takie jest moje zdanie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja osobiście nie przeczytałam nigdy żądnej lektury.... Nie lubię takiego języka... Czytam książki które sama wybieram. Czasem zastanawiam się jak docenić mogli np. Dziady. Jak zabierałam się za jakąkolwiek lekturę to byłam zirytowana już po pierwszych 20 stronach . Najbardziej lubię Segala lub Browna

    OdpowiedzUsuń
  15. Obecnie mieszkamy w Londynie i tutaj podejście do czytania jest nieco inne niż w Polsce. Największy nacisk kładzie się na zaszczepienie miłości do czytania już od najmłodszych lat. Temat nie jest tak ważny. Było to dla mnie dość szokujące, gdy w bibliotece dla dzieci znaleźliśmy kilka książeczek o tematyce...kupy (często w roli głównej) ;) Bibliotekarki wytłumaczyły mi, że zrobią WSZYSTKO by dzieci zachęcić do czytania.

    Klasykę w całości czytają tylko osoby, które zdecydowały się na głębsze zgłębienie tematu literatury wybierając taki kierunek. Reszta czyta ją tylko we fragmentach.

    Ja podobnie, jak Ty dopiero po "latach" zaczęłam rozumieć i doceniać wartości zawarte w lekturach, które z przymusu cztaliści w liceum.

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja jeśli chodzi o lektury to tylko jak na razie " Mały Książe" i "Yellow bahama w prążki" . Nie za bardzo mnie interesują inne pozycje.
    A ja również zapraszam do siebie dzisiaj wywiad <3 : https://gosiaandbook.blogspot.com/
    Zostaje na dłużej <3
    Małgosia :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Ja zawsze powtarzałam to, że najlepiej by było, gdyby lektury były jak najbardziej różnorodne. Wtedy jest większa szansa, że trafi się do większej grupy odbiorców. Nie rozumiem ludzi, którzy mówią, że klasykę trzeba całkowicie wyeliminować z kanonu, przecież takie książki też należy znać i choć może czasami nie są szalenie interesujące, to jednak dostarczają wiedzy o historii, kulturze, tradycjach naszego kraju i nie tylko. Ale oprócz tego, kanon powinien też zawierać kilka takich popularniejszych pozycji, które czyta się po prostu dla przyjemności i które mogą pokazać, że nie każda książka jest nudna. Takie zróżnicowanie byłoby najlepsze, tylko problem tkwi w tym, że choć obecna reforma zakłada właśnie wprowadzenie kilku takich książek w szereg lektur, to jednak znów jest strasznie nieuporządkowana. Czytanie "Igrzysk śmierci" zaraz obok "Małego księcia" to moim zdaniem zły pomysł, bo wtedy dziecko zacznie porównywać jedno do drugiego i stwierdzi, że "Mały książę" jest głupi, bo nie ma tak ciekawej akcji jak "Igrzyska". Może lepiej by było uporządkować to jakoś rocznikami, że danego roku czytamy książki skupiające się wokół jednej tematyki, a drugiego wokół innej. Wtedy nawet nauczycielom byłoby łatwiej przeprowadzać lekcje, ponieważ mogliby spojrzeć na daną książkę z szerszej perspektywy, dla przykładu nasza nauczycielka robi czasem zadania klasowe z dwóch/trzech lektur, które są dość podobne tematycznie i dzięki temu od razu wykazuje się powiązania między tymi książkami.
    Sześć czy siedem książek w ciągu roku to nie jest dużo, właśnie to jest taka optymalna ilość. Co do nowej reformy, ja się czepiam tylko jeszcze jednej rzeczy - jak można wprowadzić "Pana Tadeusza" do gimnazjum (tzn. teraz to będzie podstawówka, ale odpowiadać będzie obecnemu gimnazjum)? Ale za to cieszy mnie to, że Rafał Kosik będzie w kanonie :)
    Zaksiążkowana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, i zapomniałam wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy ;) Bardzo podoba mi się do określenie - "lekturokalipsa" :D

      Usuń
    2. Bardzo dobry pomysł z uporządkowaniem tematycznym! Tylko wydaje mi się, że ciężko byłoby to zorganizować biorąc pod uwagę kolejność pod względem epok. To jest właśnie największa bolączka lektur dodatkowych bo zwykle zupełnie odbiegają od tego co do tej pory robiło się na lekcji. No bo jak w takim kanonie wpisać takie Igrzyska Śmierci czy Harrego Pottera zaraz po średniowieczu bo np. kończy się teraz semestr i czasu zostało? Trzeba by wtedy kilka lekcji poświęcić na wprowadzenie w literaturę najnowszą, a nie zawsze tyle czasu się znajdzie - i to niestety tworzy kolejny problem.
      Co do Pana Tadeusza to z tego co czytałam są to fragmenty, a nie całość. Miałam dokładnie to samo będąc w gimnazjum i nie dość, że nikt specjalnie nie narzekał to jeszcze klasie się spodobało. Mam wrażenie, że Pan Tadeusz obrósł stereotypem :D

      Kosik w kanonie to rzeczywiście strzał w dziesiątkę ;) Na pewno przełamie trochę stereotyp nudnej lektury :D

      Usuń
  18. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  19. Obrońca Lektur Szkolnych! :D
    Niech czytaja nawet te 6-7 i tak coś z tego wyniosą :)
    ps.A shitstormy to chyba już o wszystkim się toczą w sieci ostatnio ;)

    OdpowiedzUsuń